Odwiedzili mnie :)

środa, 5 sierpnia 2015

Macedonia - Krusevo 2015

Długo nic nie pisałem bo tak naprawdę nie bardzo było o czym.
W ubiegłym roku zmieniłem  Summita Xc  na Cayenne 4. Po co? Tak naprawdę to nie wiem bo jakoś nie przełożyło się to od razu na wyniki mojego latania.  Jednak po roku i wylataniu iluś tam godzin, lata mi się na nim coraz lepiej,  jakoś nabieram do niego zaufania a ono odpłaca całkiem przyzwoitym zachowaniem zarówno w kominie jak na przeskoku.
W tym sezonie spędziliśmy do połowy lipca razem nieco ponad  20 godzin a to bardzo mało nawet jak na rekreacyjne sobotnio-niedzielne latanie.
Dlatego też pełen obaw pakowałem się na zaplanowane kilka miesięcy wcześniej Paralotniowe Mistrzostwa Polski do Macedonii. 


Tym razem znów ruszyliśmy w doborowym timowym składzie 9 osób. Oczywiście doskonale zdajemy sobie sprawę ze nie uda się nam podjąć  równorzędnej rywalizacji z najlepszymi pilotami  ale celem jest po prostu fajne polatanie, podpatrywanie najlepszych, nauka, nauka, i jeszcze raz nauka. A Krusevo ze swoim położeniem jest do tego miejscem chyba idealnym. Różnorodność terenu pozwala na latanie typowo "górskie" jak i na latanie "po płaskim".
Ja i Misiu przed hotelem :) Przewiozłem go bo znowu sobie
poleciał bez kasy i dokumentów.
Team w składzie: Tomski (z zoną i Frankiem), Wujek (z Gosią), Prezes, Piach, Krzysiu, Grzesiek, Jarek, Kemot i ja (z Teśką) zameldował się w Krusevie już w sobotę. Jednak było zbyt późno na treningowy lot. Osobiście byłem jednak bardzo zadowolony bo spotkałem Misia (synka)  którego nie widziałem od miesiąca.





DZIEŃ I

Prezes w pozycji czapli
Zawody zaczynamy więc od niedzieli jak zwykle odprawą w hotelu (nareszcie wiem o co chodzi bo Karolina najważniejsze rzeczy tłumaczy na zrozumiały dla mnie język). Pakujemy się do busów i jedziemy na start. Pogoda wymarzona, nic tylko startować. Formalności jednak trwają dość długo, dostajemy livetrackery dzięki którym będziemy widoczni na żywo dla wszystkich zainteresowanych. Jak  się później przekonaliśmy zadziałało to w większości wypadków znakomicie,  organizator znał nasze położenie, ułatwiało to zwózki i wprowadzanie wyników, do tego stopnia, że tylko raz musiałem zgrać tracka ze swojego GPS-a. Odpadały więc kolejki w office po każdym zaliczonym locie. Zostaje wytyczona trasa i możemy lecieć - czekamy tylko na otwarcie okna startowego. Jednak pogoda zmienia się bardzo szybko. Z nad gór rozbudowuje się chmura burzowa która błyskawicznie melduje się nad naszym startowiskiem. Task zostaje odwołany i zawodów dziś już nie będzie. Dla mnie to baaaaardzo dooooobrze :) . Po pierwsze dawno nie latałem, nie wiem jak działa cała moja elektronika, nie pamiętam czy dobrze to wszystko poukładałem itp. Zresztą jak wszyscy wiedzą "kurna latać nie lubię i w tym sporcie najbardziej odpowiada mi siedzenie na starcie".
Zabezpieczenie medyczne - całkiem miłe, sprawdziłem organoleptycznie
Chmura jak szybko przyszła tak sobie poszła i mamy jednak możliwość polatania. Dla mnie to okazja do tak potrzebnego treningu, dlatego postanawiam "oblecieć" trasę, zobaczyć jak zachowuje się LK przy zaliczeniu cylindra startowego, punktu na trasie itp. Startujemy i po mozolnym wykręceniu na coś ponad 2200 lecimy na drugą stronę doliny. Za plecami zostawiamy rozbudowujący się "kit". Po zaliczeniu pierwszego punktu większość z nas widząc postępujące od zachodu zachmurzenie mogące przerodzić się w burzę ląduje w okolicach Prilepu po około 30 km. Tylko "Kemot" ucieka na południe w stronę niebieskiego jeszcze nieba zaliczając 53 km przelocik. Składamy się i wkrótce dzięki Gosi i Tesi mamy zwózkę.


TASK I

Poniedziałek wita nas piękną prawie bezwietrzną pogodą.  Zostaje wytyczona 75 km trasa i startujemy. Tradycyjnie staramy się odpalić w miarę wcześnie, by spokojnie wykręcić się i na możliwie jak największej wysokości poczekać na otwarcie okna startowego. Lecę baaaaardzo asekuracyjnie. Kręcę wszystko co napotykam po drodze, moim celem jest bowiem nie wyścig w którym i tak nie mam większych szans a zrobienie mety.   Przed pierwszym punktem dogania mnie Wujek, który gdzieś się zaplatał na starcie i teraz zasuwa dołem jak meserszmit. Jestem o wiele wyżej ale dalej się podkręcam  a Wujek w tym czasie zalicza punkt pierwszy i drugi. :). W końcu też je zaliczam. Teraz przeskok na południe. Są dwie opcje - można lecieć po górach albo na siagę przez dolinę. Ja lecę na klasztor pod Prilepem. Mimo ze przychodzę trochę nisko udaje mi się wykręcić i wracam do gry. Teraz idzie już lepiej, kolejny komin daje mi ponad 3200 wysokości. Zaliczam ostatni punkt i wracam do mety.
Team w prawie pełnym składzie -
Wujek melduje przez radio, że ma metę i żeby uważać na dolocie bo mocno wieje. Kurna - u mnie nie wieje tak bardzo ale kręcąc ostatni komin dryfuję oddalając się od mety. Moje LK pokazuje mi że mam już dolot z zapasem 300-400m . Biorę kurs na metę starając się lecieć jak najbardziej optymalnie. Bez problemu zaliczam kilometrowy cylinder kończący wyścig i wówczas to co się zaczyna dziać kompletnie mnie zaskakuje. Skrzydło przestaje lecieć - mam 13, 10 , 8 km do przodu. Dociśnięcie spida niewiele pomaga. Spadam prawie pionowo jak przecinak. Zadziałał wiatr o którym uprzedzali chłopaki przez radio. Jestem wściekły ale niewiele można już zrobić, Na jakąś wykrętkę nie ma szansy. Siadam 45 m przed metą. Jestem jednocześnie wkurzony i szczęsliwy bo jednak udało mi się oblecieć taska. Nie zdążyłem się porozbierać gdzy przyszedł sms- od Harcerza "Rzuć gps-em". Hehehe - bardzo śmieszne :) . Ale dzięki za kibicowanie. Podobno livetracking działał bardzo fajnie.
Najlepiej z nas poleciał Wujek, metę zrobił też Tomski z Piachem, Grzesiowi do mety brakło 2 km. Krzysiek z Jarkiem padli po trasie. Kemot z Prezesem startowali chyba drugi raz i nie zaliczono im przelecianych kilometrów. Jak na pierwszy raz jest chyba dobrze.

TASK II


Trasa drugiego tasku to prawie sto kilometrowy łamaniec z przeskokami z jednego końca doliny na drugi. Przed otwarciem okna udaje mi się wykręcić na tyle wysoko że pierwszy punkt robię dość szybko i bez kręcenia. Teraz czeka mnie przeskok na drugą stronę doliny. Do punktu kupa kilometrów, wielcy już odlecieli, pętam się gdzieś z tyłu peletonu i zastanawiam jak lecieć. Przez dolinę bliżej, po górach bezpieczniej. Nie widzę wielkich szans na oblecenie trasy. Po drugim punkcie trzeba z powrotem wrócić na północ doliny i dopiero potem atakować metę, która w każdym tasku była na lotnisku gdzieś  w połowie drogi między Prilepem z Kruszewem.
Jest bardzo rześko - kominy nad górami wąskie. Próbuję podkręcić się w okolicach pierwszego punktu ale maks co udaje mi się zrobić to 2500. Przez radio słyszę że spada Tomski - nie widzę go wiem tylko, że paczka otworzyła się prawidłowo i po kilku minutach wszystko jest już w porządku bez strat w sprzęcie. Poprzedniego dnia było gorzej - paczkę rzucał Stefan Vyparina i przy lądowaniu boleśnie potłukł sobie obojczyk co wyeliminowało go z latania w następnych dniach. Paczek do  końca zawodów poszło jeszcze kilka.
Ale mam ładne skrzydło :) fot. Karolina
Wszystkie zakończyły się pomyślnie - nikt nie poniósł większych szkód. Podobała mi się postawa pilotów którzy mimo zawodów,  jak mogli starali się pomóc w ustaleniu położenia, bądź lądując by udzielić pomocy w przypadku podejrzenia że ktoś może jej potrzebować.
Lecę podobnie jak w pierwszy dzień na skały i górki na północ od Prilepu. Lepiej czy gorzej ale działały, mijam miasto od zachodu i lecę na górki miedzy podkową a pasmem wysokich gór. To bankowe miejsce na komin - mimo ze dochodzę nisko szybko mam wyjazd na 3200. Zaliczam punkt i wracam z powrotem w to samo miejsce. Oblecenie trasy zaczyna wydawać mi się możliwe. Wracam nad skały w okolicach klasztoru na północ od Prilepu ale zaliczenie ostatniego punktu idzie mi jak po grudzie. Nie mogę się wykręcić, jest już późno,  grubo po 17 a do mety jeszcze kawał drogi.  Wydaje mi się, że koniec taska ustalono na 18. Jak tak dalej pójdzie to nie zdążę dolecieć. Nie wiem co robić - wysokość na dolot? Co mi z wysokości jak czas mi się skończy. Postanawiam lecieć - wiszę i niewiele mogę zrobić - przed drugim punktem straciłem spida i teraz tylko patrzę i liczę kilometry. Wychodzi mi że nie zdążę - lecę za wolno. Braknie mi minutę czasu. Kurna trzeba mieć pecha - wczoraj brakło 45 m a dziś może braknąć minuty. Na mecie jestem coś około  18.01. Wysokości mam więcej niż mi było potrzeba - szkoda ze spid się urwał. Nie ląduję na mecie - lecę wzdłuż drogi aby zaliczyć kilka kilometrów brakujących do setki :).  W biurze zawodów okazuje się ze jednak mam metę!!! Task kończył się nie o 18 a pół godziny póżniej. Mam co świętować :) Drugi dzień i druga meta.
Z teamu przede mną na mecie był Wujek z Piachem przy czym Piachu jak zwykle coś wykombinował (chyba za wcześnie wleciał w cylinder startowy i znowu mu wyzerowali taska). 20 minut po mnie metę zaliczył jeszcze Kemot. Reszta chłopaków siadła na trasie.

TASK III

Wieje z zachodu więc przenosimy się na zachodnie startowisko. Nie lubię go -  w ubiegłym roku przywaliłem tam konkretnie na dodatek nie ma gdzie lądować na dole, wszędzie las albo skały. Ale cóż - z wiatrem w plecy Enzo nie wystartuje :)

Szpeimy się. Na starcie tłok, walka zaczyna się już w kolejce :).
Warun taki sobie - bardzo wielu pilotów jest poniżej startu. Czekam na jakiś dobry moment. Z przodu kilka glajtów zaczyna iść w górę - przed

Jeszcze troszkę ci pomiziam i możesz lecieć :)
startem jest komin! Podnoszę skrzydło i startuję. Skrzydło "nie ciągnie", ile sił w nogach zbiegam po stoku i w końcu udaje mi się oderwać. Gdy już myślałem ze wszystko jest ok wpadam w duszenie i nie udaje mi się przejść nad wystającą skałą. Z całej siły uderzam w nią nogami. Skrzydło wali się do przodu a ja wraz z nim. Dobrze że poniżej nie ma skał ale krzaczory. Nim zdążyłem się podnieść są już przy mnie ratownicy. Zaklejają mi rozkwaszony nos, wynoszą sprzęt na start. Robi się mała afera :) Przyjeżdża ambulans i pani doktor koniecznie chce mnie ratować. W tym czasie Specu i Karolina (serdecznie dziękuję za pomoc) rozkładają i rozplątują mi skrzydło. Wytaplany jodyną czy czymś podobnym startuję ponownie. Szybka wykrętka i jazda na trasę. Udaje mi się nawet dogonić niektórych naszych chłopaków ale idzie nam kiepsko. Ląduję po pierwszym punkcie niedaleko Jarka i Kemota po 30 km. To mój najgorszy wynik - zgodnie z regulaminem nie bedzie liczony do klasyfikacji.
Metę zrobili: Wujek jest 15, Tomski 39 i  Krzysiek 74.







TASK IV
Znowu to durne zachodnie startowisko. 
Task zaczyna się dość dramatycznie zarówno dla mnie jak i dla Wujka któremu przy starcie wypada paczka. (albo to było dzień wczesniej jak coś to sprostujcie). Dostaje jednak pozwolenie przez radio na lądowanie  na starcie i powtórny start. Ja natomiast zaraz po starcie łapię kominek z którym pomalutku wspinam się do góry. Po kilku kółkach jestem nad lasem na południe od startu i kiedy próbuję wrócić - okazuje się ze wiatr jest jednak silniejszy niż myslałem. Nie dam rady wrócić - albo wpadnę w drzewa albo muszę błyskawicznie uciekać na zawietrzną. Przeskakuję grań - jestem uratowany ale vario wyje jak oszalałe. Boję się za zaraz skończę latanie w tym dniu. W powietrzu tylko duszenia. Stsaram się jak najszybciej uciec na płaski teren, to jedyna szansa. Poniżej grani na zawietrznym zacienionym stoku nic nie znajdę. Łapię jakieś 0,2 z którym mozolnie dryfuję w kierunku górek na wprost wschodniego startowiska. Jestem jedynym pilotem po tej stronie górki :).
Czekamy na najlepszy moment. Ale zawsze lepiej wystartować wczesniej
Jak padnę nie bedzie wstydu - nikt nie zobaczy. Górki jednak działają. Powoli, powoli wykręcam się prawie na 3 tysiące. Wcale nie jestem niżej niż większość glajtów po drugiej strony grani a do cylindra startowego też nie mam dalej. Widzę jak cała czereda rusza na punkt - ja też z tym ze lecę prostopadle do nich :). Zaliczam punkt i kieruję się na południe. Idzie nawet dobrze - dbam o wysokość bo kolejny zwrotny bardzo daleko na południowo-wschodnim końcu doliny gdzieś chyba w okolicach tzw, kominów (jakaś elektrownia czy coś takiego).  Lecimy w grupkach raz większych raz mniejszych, bardzo ułatwia to nawigację. Zawsze ktoś zaznaczy komin i wówczas reszta zlatuje się do niego jak sępy. Zaliczam punkt i doganiam grupę lecącą z powrotem w stronę startu gdzie jest kolejny zwrot trasy. Grupa w której jest kilku naszych chłopaków jest trochę wyżej i leci prosto na punkt przez tzw, podkowę - górki o charakterystycznym kształcie. Za podkową jest jednak niebieskie niebo. Gdy dolatuję do podkowy większość pilotów z grupy już ją mija i widzę ze topią dość mocno. Niektórzy próbują znaleźć coś na tych górkach, ale one dziś zupełnie nie działają. Później od doświadczonych pilotów dowiaduję się że podkowa działa najlepiej przy północnych kierunkach wiatru.
Tu zostawiłem grupę i poleciałem po swojemu
Podejmuję decyzję aby zawrócić do budującej się na wschodzie chmurki nad górkami między podkową a wysokimi górami. Mam do nich kawał drogi ale uważam że lecenie dalej z grupą nie ma sensu. Jak się pózniej okazało miałem rację - większość z nich padła nie dolatując do punktu. Chmura do której lecę nie czekała jednak na mnie i zaczyna się rozpadać.  Górki jednak działają super. Kolejny raz zaliczam kosmos. Wysokości wystarcza mi na następny etap. Jeszcze tylko kilka podkrętek i jestem kolejny raz na mecie. Dla mnie masakra. Podjąłem decyzję inną niż duża grupa pilotów z którymi leciałem i okazała się ona słuszna. Niektórym, a szczególnie takim którzy nigdy nie latali w zawodach wydaje się ze zawody to latanie na mendę za innymi a wygrywa ten kto bardziej wciśnie spida. Nic bardziej mylnego. Latając w zawodach bardzo wiele można się nauczyć, można weryfikować swoje decyzje porównując je z decyzjami innych. Zawody pozwalają na porównanie co było w danym dniu lepsze. Latając przeloty samemu czy nawet w grupie trudniej jest ocenić jaki wariant był najlepszy. W grupie 150 glajtów widać to wyrażniej, Zawody weryfikują też i inne teorie jak choćby taką że o wyniku decyduje pilot a skrzydło to rzecz mniej istotna. W przypadku skrzydeł zbliżonej klasy pewnie tak jest ale latanie np. na szkolnym skrzydle to porażka. Taki pilot nie ma większych szans na jakiś wynik - po wyjściu z komina taki sprzęt po prostu wali w dół jak przecinak i żadne umiejętności tego nie zmienią. Moim zdaniem latanie na skrzydle rekreacyjnym w zawodach które miało być sama bezstresową przyjemnością dla mnie byłoby chyba powodem zawału. Po prostu szlak by mnie trafiał za każdym razem gdy lecący obok zostawiali by mnie z tyłu i na dodatek dużo niżej.
Na mecie jesteśmy w kolejności:
Tomski jest 51, Wujek 64, Kemot 67, Piachu 74, ja 81 Prezes mimo że był na mecie wcześniej niż ja 84 (dali mi parę punktów za prowadzenie :) hehehe pewnie za początek trasy).  Dla bornów był to chyba najlepszy dzień 6 pilotów na 9 to raczej ładny wynik. Raz tylko dwa lata temu udało się nam wszystkim dolecieć w komplecie do mety.


 TASK V

Na mecie  - tylko Tomka gdzieś wcięło

Szósty dzień latania z rzędu, jestem już zmęczony.
Dzień zawodów jest dość wyczerpujący. Jedziemy na start około 10. Czekamy średnio do 12 nim ustalona zostanie trasa, później odprawa, wklepywanie punktów i startujemy.  Przeważnie z godzinę czekamy w powietrzu na otwarcie wyścigu ale tak jest bezpieczniej. Można się spokojnie wykręcić szczególnie jak noszenia są słabe.Słabe noszenia na starcie to poważny kłopot. Cała wataha lata często w jednym miejscu i można dostać oczopląsu gdy obok nas kręci się setka innych glajtów. Ostatnio nie wytrzymałem i odleciałem z takiego słabego komina na przedpole. Znalazłem sobie "swój" ale wystarczyły dwie trzy zwitki by to stado szerszeni wyczaiło ze idę szybciej do góry i ruszyło w moją stronę. Kurna - gdy zobaczyłem ich byli wszędzie- wyżej niżej, z prawej i lewej i wszyscy zgodnie lecieli w moim kierunku. Albo się trzeba wynieść albo człowieka rozjadą. Pięknie to wygląda ale ......... można się posikać :)
Do hotelu wracamy po zwózce najwcześniej około 17 a często o wiele później. Jestem wówczas tak zmęczony ze nie chce mi się nawet imprezować :) No chyba ze jest powód np. meta to co innego :)
Task ma być krótki około 57 km. Poprzedniego dnia zapomniałem wyłączyć radio i teraz nie mam z czym lecieć. Dobrze ze Wujek miał zapasówkę ale tylko jednozakresową. Start jak zwykle - lecę niedaleko za czołówką i po drugim punkcie dzieli mnie od nich tylko kilka km. Gdy jestem na trawersie mety dolina zacienia się od zachodu. Trudno bedzie tu wrócić wykręcić się i wrócić na metę. Nagle widzę pilotów zakładających klapy i schodzących spiralą w dół. Przez radio dowiaduję się od naszych ze task przerwano z powodu burzy która gdzieś się ponoć buduje (ja nic nie widzę) Mamy 15 minut na wylądowanie. Wciskam spida, zakładam uszy i po kilku minutach jestem na mecie. Ładnie to wygląda - jednocześnie ląduje kilkadziesiąt glajtów.



















Zawody dobiegają końca. Moim zdaniem był to najlepszy wyjazd na latanie jaki pamiętam. W ciągu tych kilku dni wylatałem pewnie z 28 godzin przelatując łącznie prawie 350 km trasy.
Klasyfikacja końcowa też jest dla mnie satysfakcjonująca. Jadąc na zawody miałem wylatane zaledwie z 20 parę godzin w tym roku a plan założony na ten wyjazd udało się wykonać w stu procentach.
Najlepiej z teamu wypadł Wujek - w klasyfikacji Mistrzostw Polski wylądował na 18 miejscu, drugi jest Tomski na 23 a ja trzeci  32 miejscu.
Super zabawa, super latanie, super zawody, super organizacja.
Dzięki chłopaki za wyjazd, dzięki Tesia za wsparcie. Ciekawe gdzie następne PPO bo już bym pojechał :)
W klasyfikacji generalnej zawody wygrał Peter Vyparina 
Stan wygrał klasę sport i skrzydło na dodatek :) - serdeczne gratulację


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wiosna - cieplejszy wieje wiatr.....

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie sponiewierało
na starcie.
Ps. Fotka zakoszona z galerii Speca :)
Wiosna, znów nam ubyło lat. Ten kto to pisał chyba nie bardzo wiedział co pisze. Mi tam nic nie ubyło a wprost przeciwnie. Nic mi się nie chce, zupełnie nic, no może  poza spaniem. :)
Ale skoro padło hasło, że jedziemy, to zwlokłem się w łóżeczka, wrzuciłem sprzęt do autka i w drogę. Oczywiście wszystko co możliwe miałem rozładowane bo.... wcześniej nie chciało mi się sprawdzić, więc ładuje co się da. Zbiórkę jak zwykle mamy przed Niebylcem i stamtąd zgarnia mnie Jarek z Piotrusiem.  Docelowo jedziemy na Mszanę ale po drodze wstępujemy na Działy. Chłopaki już latają, jedni wyżej inni niżej ale latają w lewo i na prawo. Szpeje sie powoli (bo mi sie nie chce) gdy dojeżdża Piach. Był wcześniej już  na Mszanie ale podobno tam jest zakitowane i bardzo mocno wieje więc przyjechał tu i marudzi. Sieje defetyzm i w końcu namawia nas na wyjazd na Mszane. Pakujemy sie i już po godzince jesteśmy na miejscu. Na starcie siedzą goście poukrywani za autami bo wieje jak sto ..... a na dodatek pełny zakit. Nawet nie wychodzę z auta (bo mi sie nie chce) . Po paru minutach chłopaki postanawiają jednak ze wrócimy na Działy. Jest dobrze - kolejna godzinka z głowy. Po powrocie na Działy okazuje się ze nikt nie lata bo rozwiało sie na dobre (w porywach daje do 10 m/s) Czekamy, czekamy, czekamy ..........
Nie odzywam sie licząc, że warun minie i pojedziemy do domku bo "latać też mi sie dzisiaj nie chce".
Ale w końcu Piach nie wytrzymuje i startuje. Jest dobrze :)  Oczywiście jak zwykle przegapiliśmy troche warun. Szpeje sie kolejny raz a w tym czasie startuje paru pilotów, Lata już Czaban, Piotrek Jarek i kilku innych. Zchodzę dość nisko bo wiatr jakby znowu sie nasilił, podnosze skrzydło i .....momentalnie jade na wstecznym tak,  że ledwo łapie mnie Michał (ten co ma tą ładną dziewczynę).
Moja świeżo wyczyszczona uprząż poszła sie .......
Szlak z chmur ciągnął sie na wiele km
tak że mozna było spokojnie lecieć pod wiatr.
Chyba nawet mnie tam widać :)
ps. To też zakosiłem z galerii Speca
Startuje kolejny raz i znów to samo - kurcze wstyd mnie. Już nie pamiętam kiedy ostatnio tak mną poturało na starcie a najgorsze jest to, ze panienki patrzą. W końcu jednak wiatr siada i udaje mi sie postawić jako tako to skrzydło. Odpalam i ledwo przechodzę między drzewami z przodu. Dusi jak diabli i przez moment boje sie, że siąde na tych drzewach. Jednak coś dmuchnęło i centymetr po centymetrze idę do góry. Dwa halsy i już mam bezpieczną wysokość. Duszenie było przed kominem który wszedł od przodu. Staram się robić wysokość, gdzieś parę stówek wyżej wisi Jarek usiłując przebić się do przodu. Od lewej strony widzę wybudowaną autostradę z chmur. Dochodzę bliżej Jarka. Lecę teraz na przedpole przebijając się bez spida z prędkością 10, 15 km/h cały czas w noszeniu. Trwa to ładnych parę minut i cały czas mam do góry. Na 900 m z km czy dwa od startu zaczynam kręcić jakiś mocniejszy kominek. Nim wrócę z nim nad startowisko mam już z 1600 m. Fajnie - Chłopaki co prawda już odlecieli chwilę temu ale dziś akurat mi to nie przeszkadza. Mam plan dolecieć do domku :). Kilka chwil lecę wzdłuż szlaku z chmur praktycznie nic nie robiąc - takie latanie jak z napędem.
Przed Lutczą muszę go jednak zostawić ponieważ lot pod nim wiedzie wprost w rzeszowski CTR. Problem w tym, że z boku jest zupełnie niebiesko - nie ma nic. Pierwsze chmurki są dość daleko, boje się, że mogą być za daleko. Mijam Lutczę, wychodzę nad nasłonecznione zbocza po jej wschodniej stronie i ciągle jadę w dół. Kominek łapie na zawietrznej. W zasadzie to liczyłem na niego, tam  musi sie tam coś oderwać. Znowu wychodzę na 1600 m. Zostawiam nie dokręcony komin bo moje LK pokazuje mi już prawie dolot do domu a jestem pod TMA. Jeszcze tylko siedmiomilowy las i jestem nad domkiem. Zawsze chciałem to zrobić i jakoś nigdy mi sie nie udawało, tak więc jestem uchachany po same pachy :). Odległość co prawda żadna ale...... kolejny  cel zaliczony. Mam jeszcze parę stówek wysokości (po drodze coś tam sobie podkręciłem).
Bliżej domu wylądować już się nie dało :).
Nad sobą mam szlaczek chmurek z którymi pewnie doleciałbym  spokojnie jeszcze z kilkanaście a może i więcej kilometrów, tym bardziej, że odbija on bardziej na wschód więc pewnie dało by się ominąć z nim CTR Rzeszów.
Ale po co? Tym bardziej, że widzę na podwórkach sąsiadów :). Jak polecę dalej to skąd będą wiedzieli ze to ja? Cały lansik pójdzie się paść. :)
 Kilka efektownych kółeczek w spiralce i podchodzę do lądowania. Siadam przy samym ogrodzeniu tak, że skrzydełko przelatuje mi przez płot. I tak kurna właśnie chciałem!!! Taki typ przelotów najbardziej mi sie podoba jak nie trzeba się nigdzie zwozić a za to można wypić browarka i kawusie na własnych śmieciach. Napisałbym coś jeszcze ale "już mi się nie chce" :)

ps.  Piachu - też cię  lubię :)

środa, 10 lipca 2013

2013 Ukrainian Open & Russian Open Cup

 TASK1


Na starcie luz - nie to co w ubiegłym roku
No to zaczynamy - w porównaniu z rokiem poprzednim zawody jakby bardziej "lajtowe", mniej ludzi, a i pogoda chyba lepsza.
Odprawa przed lotami prowadzona po angielsku i tłumaczona na rosyjski przez Klaudię jakby bardzie zrozumiała niż rok temu. W zasadzie wiem wszystko, nic tylko startować i lecieć. Task rozłożony łamańcem po dolinie z trzecim punktem zwrotnym przed Prilepem z pewnością łatwy nie będzie. III odcinek to wiele kilometrów pod wiatr i tu będzie pewnie
 wiele  problemów. Startujemy całą bandą jako jedni z pierwszych i w powietrzu czekamy na otwarcie okna starając się nabrać jak największą wysokość, będąc jednocześnie w miarę blisko cylindra. Ruszamy dużą grupą, po kilku minutach moje skrzydło zostaje coraz bardziej z tyłu.

Chwila zagapienia kosztuje utratę wysokości, jest nieciekawie. Ratuje sie ucieczką w dół zbocza rozpaczliwie szukając noszeń nad samymi wierzchołkami drzew. Jest źle, widzę wokół lądujących pilotów. Wreszcie udaje mi sie wrócić "do gry". W okolicach startu wykręcam komin i już na przyzwoitej wysokości zaliczam następny punkt. Fobia lądowania na bezludziu powoduje, że nie lecę po prostej do następnego punktu ale wracam nad główną drogę i wzdłuż niej przebijam sie do przodu. Tak jak przypuszczałem pod wiatr idzie mi to tragicznie. Walczę jeszcze z godzinę i w końcu w duszeniu siadam przy drodze. W radiu słyszę że na mecie jest już Fiemka - kurcze, nie mogę w to uwierzyć, gość to chyba zrobił pomijając wszystkie punkty :).
Wieczorem podsumowanie wyników. Nikt z nas nie zrobił mety, do której doleciało jedynie 13 pilotów (w tym Fiemka na miejscu 3). Najlepiej poszło Tomskiemu, i Grześkowi. Piach jest 51, Wujek 52 Prezes 57, a ja jestem 73 wyprzedzając o dwa miejsca Petera Vyparinę :), który padł 2 km przede mną. Czyli jakiś sukces jest.  Fiemka przełączył się na rosyjski.



 TASK2
Wybacz Wacek :)
W biurze zawodów dowiadujemy się, że musimy skorygować skład teamu do którego dokooptowaliśmy dzień wcześniej Fiemkę, ponieważ może on liczyć max 5 osób. Oczywiście - trzeba z niego wypierdzielić mnie :) (bo najstarszy i nie może sie bronić) i Fiemkę (bo nie nasz - choć lata najlepiej).
Task drugi to prawie 90 km.
Na odprawie przed starem poznajemy punkty zwrotne drugiego tasku. Trasa liczy prawie 90 km wokół doliny z końcem pod grecką granicą za miastem Bitola. 90 km w swobodnym przelocie to niezły wynik a zrobienie takiej trasy na zawodach po punktach wydaje mi się nierealne.

Jak zwykle startujemy jako jedni z pierwszych.  To trochę błąd, bo na otwarcie okna do wyścigu,  czekamy prawie godzinę w powietrzu szwendając się po okolicy. Przed samym startem lotnym wpadam w duszenie i centralnie nad miastem zjeżdżam do wysokości dachów. Patrzę z dołu na kolejne odlatujące grupy zawodników, nie mogąc się wykręcić.
Start do 2 taska

Wreszcie jakiś niemrawy komin wynosi mnie na wysokość umożliwiającą dalszy lot po grani gór. Znam to miejsce z ubiegłego roku, wiem że na końcu grani jest mega termiczne miejsce. Nie tracę więc czasu na szukanie noszeń ale lecę do przodu by wkrótce trafić na noszenie które wynosi mnie na 3 000 m npm. Widoki jak z kosmosu, widać nawet jeziora obok Ohridu odległe o kilkadziesiąt kilometrów. Szybki przeskok na kolejne pasmo gór i zaliczam kolejny punkt zwrotny. Widzę, że piloci z przodu podzielili się na dwie grupy - pierwsza leci po górach wokół doliny by zaliczyć 3 pkt zwrotny po jej drugiej stronie, inni wybierają bardziej ryzykowną drogę na wprost przez środek doliny nad którą niestety nie ma żadnych chmur. Pytam przez radio o warunki na przeskoku.  Piach zapewnia mnie że mimo braku chmur kominy są i można lecieć na pewniaka (Dzięki Piachu - bez Ciebie wiara w team zupełnie by padła :) ). Lecę z dwoma innymi glajtami jest więc o wiele łatwiej niż samemu. Szybko trafiamy kolejne noszenia z sufitem na 3 200 i 3 400 npm. Bajka - tak można latać. LK zgłasza mi, że dolot do następnego punktu mam na wysokości 2 tys metrów. Zastanawiam się, czy nie zrezygnować z dalszego lotu w zawodach i nie zawrócić w kierunku startu. Wyszedł by mi wówczas śliczny trójkącik FAI. Do mety zostało jeszcze połowa drogi. Ale dokładnie ten odcinek trasy przeleciałem w poniedziałek. Wiem więc mniej więcej gdzie mogę liczyć na noszenia. Bez problemu dolatuję do tzw. podkowy ale tu długo nie mogę znaleźć kolejnego noszenia. Spadam najniżej w czasie całego lotu. Postanawiam jednak czekać w "zerkach" na kolejny komin nie ryzykując lotu bez zapasu wysokości. Trwa to długo, nie jest to taktyka na wyścig, ale moim priorytetem nie jest przecież sie ścigać ale dolecieć jak najdalej. W końcu mam, potężny komin wynosi mnie po raz kolejny na 3 300 m npm :). Jestem prze-szczęśliwy. W zasięgu mam stację benzynową na której w poniedziałek lądowałem. A z niej jest już przecież tylko z 15 km do mety. W okolicach stacji mam 1500 m wysokości. Wokół kilka glajtów mozolnie zdobywających wysokość w ostatnich popołudniowych kominach. Aby dolecieć do mety brakuje mi według moich gepeesów około 600m wysokości. Podkręcam się bardzo mozolnie, wolno, termika już słaba. Wreszcie moja nawigacja pokazuje że powinienem dolecieć do mety z zapasem 200 m. Zostawiam te rachityczne noszenia i obieram kurs na metę. Ku mojemu zdziwieniu wysokość cały czas mi rośnie. Zaczęła oddawać dolina, gdybym o tym wiedział na mecie byłbym z 20 minut wcześniej. Wciskam spida, ale i tak do mety dolatuję mając zapas wysokości z 700 m.



Przez radio słyszę że właśnie wylądował Prezes i że czeka na mnie cały Team - są już wszyscy. Zbijam wysokość jak tylko mogę i podchodzę do lądowanie. Piach czeka już z aparatem by to uwiecznić. Jestem makabrycznie zmęczony i bardzo bardzo szczęśliwy. Zaliczenie mety na zawodach to nie jest bułka z masłem a zaliczenie mety na tak długim tasku to dla mnie realizacja planu na te zawody :) Właściwie to już mogę jechać do domu. Grzesiu Fiema znowy triumfuje  - jest 11 i prowadzi w klasyfikacji SPORT. Najszybciej z nas metę zrobił Tomski - jest 19 w klasyfikacji (prawie 3 godziny lotu), 33 jest Grzesiek (3 godziny 20) 39 Piachu (3 godziny 33) 47 Wujek (3 godziny 40) 53 Prezes (3 godziny 50). Ja melduje się 10 minut później i jestem 62.
Musimy to uczcić i  czcimy. Fiemka przełączył się na rosyjski.


 TASK 3

Trzeci task to znowu łamaniec po dolinie. Odcinek pod wiatr do Prilepu do 4 punktu zwrotnego z góry skazuje na wielkie problemy pilotów latających na skrzydłach sportowych. Jesteśmy o wiele wolniejsi od tych wszystkich wyczynówek typu Enzo i przy wietrze nie mamy wielkich szans. Start jak zwykle robimy grupą i w powietrzu czekamy na otwarcie okna. Tym razem pilnuję by przynajmniej na pierwszy punkt lecieć "w czubie". Wychodzi jednak jak zwykle. Staram sie trzymać razem z chłopakami, chwile lecę z Grześkiem, z Klaudią kręcę ze dwa kominy ale dziewczyna zapierdziela jak rakieta i trudno dotrzymać jej kroku. Zaznaczam komin Prezesowi,  który już w parterze straszył wiewiórki na porastających zbocza sosnach. Wkrótce nasze drogi się rozchodzą - każdy kombinuje sam jak może tym bardziej że jest dość łatwo. Zaliczam po kolei punkty 1, 2, i 3 położony centralnie nad miasteczkiem z cylindrem coś około 400m. Specjalnie tak go wyznaczono, aby mieszkańcy mogli pooglądać sobie nas z bliska :). Wykręcam coś ponad 3 tys m npm i kieruję sie do kolejnego punktu. Jeżeli uda sie go zaliczyć pozostała część trasy powinna pójść łatwo bo z bocznym wiatrem. Początkowo lecę przyzwoicie - wysoko wiatr nie jest bardzo mocny jednak wraz z upływem czasu robi się coraz mocniejszy.
w tym tasku to mete zaliczyłem dwa razy :)
Im bliżej ziemi tym też bardziej wieje. Robi się "Wańka wstańka". Co zyskam podkręcając wysokość tracę wracając pod wiatr. Wujek, który siadł obok głównej drogi zachęca mnie do lądowania obok. Do punktu zostaje mi jednak tak niewiele - może ze dwa kilometry -  przecież mając taką wysokość powinienem dociągnąć. Przez radio Wujek śmieje się, że i tak nie dolece bo...... nie lecę ale stoję w miejscu. Faktycznie - jadę do ziemi jak na spadochronie prawie pionowo. Cóż tak bywa. Składam skrzydło i dołączam do Wujka.  Metę zrobiło 18 pilotów.  Najlepszy z nas Tomski jest 42. Ja jestem 59 przed Piachem, Prezesem i Grześkiem. Fiemka mimo, że padł niedaleko utrzymuje pierwsze miejsce w klasie sport w klasyfikacji generalnej. Jest więc powód by wieczorem przełączyć się na rosyjski :).


Na starcie zawsze towarzyszył nam nasz "Fanklub". Dziewczyny trzymały za nas kciuki i podgrzewały do walki obiecując gruszki na wierzbie po locie :).








Wystarczyło jednak, że odstartowaliśmy, by mały to wszystko daleko w .....
Szwendanie się bez celu po okolicznych miasteczkach było ich ulubioną rozrywką.
Stały punkt dnia to wyjazd  na kawę do miasta odległego o 50 km.




Task 4

Czwarty dzień zawodów to mój piąty dzień latania pod rząd. Jestem już zmęczony i chętnie bym sobie pospał. Jedziemy jednak na start. Wieje chwilami z 8 -10 m/s. Organizatorzy rozkładają jednak task, znowu z jednym punktem daleko no przeciwnym końcu doliny. Prognozy mówią, że ma wiać z północy, będziemy lecieć więc z bocznym wiatrem. Na starcie wieje jak w Kielcach, przy porywach organizator zamyka start i czekamy na moment kiedy będzie można wystartować. Nikt jednak nie kwapi sie do startu. Minuty lecą i nic. Wreszcie kilku śmiałków odpala i pokazuje, że można latać choć nie jest to takie proste. Wreszcie i my decydujemy się że nie ma na co czekać, jak mamy lecieć to teraz albo wcale. Gdy przychodzi moja kolejka organizator przerywa starty - jest zbyt mocno. Czekam kilka minut.

Okno otwarte - chętnych o startu nie widać
Skrzydło targane wiatrem, trzyma mi Gosia i Tesia, która jest bardzo zdenerwowana i chce bym to zwinął i jechał do domu. W końcu mogę startować. Odpalam i lecę ostrożnie na przedpole przygotowany na ewentualne "bomby'.
Skrzydełko doważone jednak  8 kilogramami piasku zebranego na startowisku idzie bardzo ładnie. To jakby inne skrzydło. W powietrzu oprócz mnie jeszcze dwa czy trzy glajty. Kilkanaście sekund po moim starcie organizator znowu zamknął okno. Jest tragicznie - bardzo mocny wiatr powoduje,  że dryfuje na południe tak szybko, że ledwie zdążyłem zaliczyć cylinder startowy.  Ustawiam się tak by dolecieć do pierwszego punktu. Nie ma jednak na to szans. Każda próba podkręcenia komina powoduje, że dryfuje sie bardzo szybko na południe i o przebiciu sie na drugą stronę doliny nie ma nawet co marzyć. Tesia mówi mi przez radio że kilkunastu pilotów zrezygnowało ze startu i zjechało na dół. Słyszę też, że Rosjanie wzywają pomocy. Kogoś poskładało i rzucał paczkę, inny podobno uderzył w zbocze. Nieciekawie. Grzesiu zgłasza, że jest szczęśliwy bo wylądował w jednym kawałku. Dochodzę do wniosku, że dalszy lot nie ma sensu. Nic nie ugram. Chwilami lecę do tyłu. Wybieram łąkę długą chyba na kilometr i siadam. Wieje tak, że nie można poskładać skrzydła. Masakra - tego tasku nie powinno być w ogóle. Podobnie pomyślał też Fiemka, który gdy zobaczył co się dzieje odpuścił i wylądował. I to był błąd na wagę pierwszego miejsca w klasie sport. Task jednak okazał się ważny i Grzesiek spada na 3 miejsce. Bez sensu by o wyniku decydowały przeleciane 2 czy trzy kilometry w takich warunkach. No cóż - nie ma dziś impulsu przełączającego mu mowę na rosyjski bo cieszyć się nie ma z czego :). Mety nikt nie zaliczył, wszyscy padli po drodze.

Podsumowanie;
Zawody to fajna rzecz i nie mam tu na myśli wyścigu, czy bezpośredniej rywalizacji a raczej klimat, możliwość podpatrywania innych, uczenia się.  Można zapytać czego uczą - bo na pierwszy rzut oka może sie wydawać, że niczego. Jednak porównując swój start w roku ubiegłym i teraz widzę ogromną różnicę. Nie mam już stresu jak w pierwszy dzień w poprzednim roku gdy 150 zawodników leciało obok mnie i choć niektórzy i teraz latali jak warzywa (cytat z Piacha) jakoś mi to bardzo nie przeszkadzało. Łatwiej jest mi nawigować po punktach i jakoś to wszystko ogarnąć w powietrzu. No i wreszcie to co dla mnie było chyba najważniejsze to możliwość spotkania fajnych ludzi, przebywanie w towarzystwie kolegów z teamu, wspólne obiadokolacje itp. To klimat którego nie ma gdy spotykamy się "na szybko" na górce.

Na wyjeździe wychodzą na wierzch  prawdziwe charaktery :)
Dodatkowym atutem było towarzystwo naszych dziewczyn, które nie tylko dodawały odpowiedniej oprawy naszym poczynaniom ale również dbały o to byśmy mieli co jeść na śniadanie (kurna chyba przesadziłem z tym podlizywaniem).
Dzięki kobietom (i Wujkowi) takie śniadania to był u nas standard












Team w komplecie

Kruszevo