Odwiedzili mnie :)

sobota, 24 marca 2012

Drugi dzień wiosny, czyli im krótszy lot tym dłuższy opis :)

Pierwszy zając po wtopie :)
a my pomalutku do góry
Sześć miesięcy od ostatniego normalnego latania, przerywane tylko od czasu do czasu jakimś żaglem, to wystarczająco dużo czasu by poczuć dreszcze na samą myśl, że może wreszcie słoneczko obudzi jakąś termikę i będzie można poszybować pod chmurki. Dzień przed wyjazdem, jak zwykle "rutynowa napinka" i gdybanie gdzie będzie lepiej. Ponieważ Misiek pracuje do 10 odpuszczamy Słubicę, na którą wybiera się gromadka ludzi od nas i wraz z Relaxem ruszamy na Chełm koło Grybowa. Jedziemy jakoś bez entuzjazmu. Na miejscu okazuje się, że na startowisku tłum. Jest też Witia, Tomski i reszta która miała jechać na Słowację.
Wieje zupełnie z boku, tak więc zastanawiamy się czy w ogóle wychodzić na górę. Startują pierwsze zające by po chwili paść na dole. Komuś jednak udaję się utrzymać w powietrzy co u Miśka wywołuje gwałtowny wzrost adrenaliny skutkujący tym iż prawie wybiega do góry. My z Relaxem, potrzebujemy o wiele więcej czasu - niestety.
Na startowisku "ludziów jak mrówków" - połowy nie znam nawet z widzenia. Nie ma jednak tłoku, startują Tomski, Sławek Witia i inni. Wyżej lub niżej wiszą więc nie jest źle - da sie polatać. 
Misiek w pełnej krasie :)
Klimkówka

Misiek pomaga rozłożyć mi skrzydło. Czekam aż komin wyprostuje wiatr w przecince i startuję. Start nie jest jakiś tam "dramatyczny" ale trzeba uważać - wieje bardzo z boku i trzeba błyskawicznie i zdecydowanie reagować by nie skończyć w gałęziach rosnących obok świerków. Jak się później okazało nie wszystkim się udaje. Około dwóch godzin po moim starcie jeden z pilotów prawdopodobnie przereagował, zafundował sobie negatywkę, która kończy się uderzeniem w stok. Obrażenia są bardzo poważne i śmigłowiec zabiera go do szpitala.
W powietrzu jest bardzo spokojnie - wiosenna termika trochę niemrawa budzi się powoli wynosząc nas niewiele ponad grań. 
Ślepa uliczka :)
Z biegiem czasu udaje mi sie jednak wyjść coraz wyżej. Pilnuję wysokości, bo poniżej nad górką kręci się kilkanaście glajtów, a niektórzy piloci latają tak jakby byli sami w powietrzu.  Nie brakuje "artystów" kręcących odwrotnie albo przelatujących przez środek komina tak by skutecznie wypierdzielić z niego pozostałych.
Z rozległym kominem wykręcam coś z 1600 m, ale znosi mnie on w kierunku Klimkówki. Postanawiam nie wracać tym bardziej, przed zalewem kręci się Tomski z Krzyśkiem (Czabanem).
Lecę za nimi ale kto nadąży za Tomskim? :). Obieram trochę inną trasę - Tomski leci bardziej na północ usiłując znaleźć coś na zawietrznej pasma Magury Małostowskiej. Walczy dzielnie ale krótko.
Lecąc po górkach obok zalewu dochodzę go Ujścia Gorlickiego (ma takie charakterystyczne rondo) gdzie dogania mnie Krzysiek. Wykręcamy się co nieco i razem lecimy dalej po grani praktycznie bez straty wysokości parę ładnych kilometrów. Pakujemy sie jednak w pułapkę. Dolina zamknięta jest jak ślepa ulica zboczem porośniętym lasem a my nie mamy już wysokości. Rozglądam sie za lądowiskiem gdzieś przy drodze - problem w tym ze tu drogi żadnej nie ma - ot taka czarna du..a. Wychodziłem już praktycznie z kokona gdy zapikało mi wario - od łąki coś się oderwało. 
Zakładam natychmiast i delikatnie idę do góry. Dochodzi do mnie Krzysiek - kręci jednak chyba zbyt szeroko bo po każdym kółku zostaje troszeczkę niżej. W końcu komin sie urywa - ja wyjeżdżam i mijam bez problemu grań - Krzysiek niestety zostaje i kończy lot. Znowu  parę kilometrów po grani i pod nogami mam Zborov. Nie zauważyłem,  że to już Słowacja :) Dzień powoli sie kończy - napotkane noszenia praktycznie pozwalają tylko na utrzymanie wysokości i z minuty na minutę jestem coraz bliżej ziemi.

Dolatuję do Bardejowa i tu kończę. Zawsze sobie obiecałem, że zobaczę tu starówkę a nigdy nie było czasu :).  Teraz też mi sie to nie za bardzo udaje bo Misiek z Relaxem są bardzo szybko. Misiek który wystartował chyba z godzinę po mnie doleciał do przejścia granicznego w Koniecznej, więc zwózka tym razem była prosta i "po drodze" do domu.

środa, 7 września 2011

Z Kralovej Holi na Roztoki

1 września, początek roku szkolnego, pierwsze dwa dni w pracy tak mnie zestresowały, że postanowiłem na weekendzie trochę się "odstresować". Jest okazja bo Wujek ogłosił że montuje ekipą na wyjazd dwudniowy gdzieś na Słowację. 
Team w swoim prawie najsilniejszym składzie :)
Nie bardzo mi to pasi, wolałbym pojechać na Skrzyczne, ale w piątek rano przezornie rezerwuje sobie miejsce w ekipie. Tak naprawdę to na początku nikt chyba nie wiedział gdzie jedziemy. I dobrze :). Wieczorem jest decyzja - jedziemy na Kralową Holę. Nie wiem gdzie to jest ale to nic - Wujek wie (a przynajmniej tak mu się zdaje) więc jedziemy. Pobudka o 4 po nieprzespanej z powodów sensacji żołądkowych nocy i w drogę. Jedziemy w składzie: Wujek, Piach, Witek, Grzesiu i ja.


10 euro i mamy wyjazd na sam szczyt - trasa ponad 12 km
Jest super - nie mam już sraczki, a Piach został wywalony z mojego miejsca w aucie, które podstępem usiłował mi zająć. Około 10 jesteśmy na miejscu i u stóp Kralovej czekamy na Stefków z którymi mamy wyjechać na szczyt. Górka znajduje się na terenie parku narodowego i leży w głównym grzbiecie Niżnych Tatr. Słowacy mają tam właśnie zawody i jest to jedyna okazja by legalnie móc tam wyjechać autem. Wkrótce mamy transport - jest Stefan "Chłopaki będzie szuper latanko" Wyjazd trwa, żwirowa droga wije się serpentynami coś około 12 km. Na szczycie widoki zapierające dech w piersiach. 
Wygląda to sto razy lepiej niż z dołu, widać jaka naprawdę jest deniwelacja i jak potężne jest to pasmo. Na startowisku mnóstwo glajciarzy i lotniarzy. 
Jakiś gostek, tak na oko osiemdziesięcioletni wzbudza u moich kolegów  durne  skojarzenia. Nie ma Prezesa to drą łacha ze mnie.   Nikt jednak nie startuje, kilka razy przez start przechodzą "deust devile".   Trzeba poczekać aż terma zacznie normalnie pracować. W końcu, jeszcze przed otwarciem okna startujemy wszyscy. Nie powiem jak to wyglądało bo kurna na łąkę i ćwiczyć pochylenie!!! Widać że Borny nie ze szkoły Grzybka czy Pecia :). Łatwo wykręcamy 2600 co przy wysokości szczytu coś około 2 tys nie jest bardzo trudne. Piach uświadamia nam przez radio, że musimy spier.... bo latamy w TMA Poprad i mamy zgodę tylko do 2500 :). Wujek jak zwykle wyrywa  do przodu. 
Startowisko Kralova Hola
Ja lecę bardzo ostrożnie, terma szczególnie nisko nad granią jest porwana i nieprzyjemna. Północno-zachodni wiatr wiejący górą na zawietrznej pasma daje chyba te turbulencje. W pewnym momencie widzę "spadającego" Witka. Jak się pózniej okazało wychodził sobie z komina na spidzie aby szybciej uciec  spod chmury. Front, przereagowana reakcja i seria klapek  uświadamia mi, że trzeba uważać szczególnie jak jest się nisko. Zastanawiam się co robić - grań ma około 30 km długości, ale schodzi coraz niżej a dość mocny przeciwny wiatr powoduje, że leci się dość wolno.  Po dwóch i pół godzinie lotu mam ledwie dwadzieścia parę km od startu. Jeżeli polecę dalej do przodu może mi braknąć czasu na powrót. Postanawiam wrócić - to co mam powinno wystarczyć na płaski trójkąt za 60 pkt. :) a to mi wystarczy tym bardziej że nie ma z nami Tomka :). Był to jednak chyba błąd. Powrót był prosty - kilometry robione z wiatrem w plecy umykały jak szalone.  Parę kilometrów przed metą kręcę z dwoma szybowcami ostatni komin, nie mają szans :) Zostają na 2500 a ja robię parę kółek i mam już dolot po prostej.  W okolice Kralovej jestem na  wysokości ponad 1000 m nad lądowiskiem  i nie bardzo jest jak ją wytracić bo wszystko nosi. W sumie można by lecieć dalej i rozciągnąć trójkąt ale nie mam włączonych stref, a Stefan ostrzegał, że na wschód lecieć absolutnie nie można z uwagi na CTR.
Po locie - w oddali Kralova Hola
Siadam przy aucie, no może nie tak blisko jak Wujek, ale jak on wyląduje to nie ma ....... we wsi :) - Przepiękny dzień,  przepiękne widoki super latanie no i wreszcie  jest jakiś wynik a nie kolejny zlot. Jest też Grzesiu a po drodze zwijamy Witię i Piacha. Kurcze miałem nadzieję, że on padł na końcu tej grani ale jak wrzucił tracka to się okazało, że pohalsował i wyszło mu to całkiem nieżle :). Jestem zmęczony i jedynym moim marzeniem jest sie wykąpać i iść spać, ale jak,  skoro ledwo weszliśmy do hotelu Piach zalał łazienke?  Chłopaki idą jeszcze na imprez kończącą zawody - ja już nie mam siły. Cóż - starość nie radość.
Dzień drugi - Roztoki
Piachu budzi nas o piątej rano - szybkie śniadanko i w drogę bo mamy kupę kilometrów do przejechania. Na Roztoki jedzie też ekipa z Rzeszowa z Prezesem na czele i Tomski z Amigo.  Mimo, iż sie nie umawialiśmy wszyscy spotykamy się na skrzyżowaniu przed wjazdem w kierunku Lisznej. Korzystając z okazji udaję się ...... wiadomo gdzie i dlatego nie ma mnie na filmie który nakręcił Tomski 


 
Wszyscy zapierdzielają na startowisko jakby sie paliło, cóż z tego jak później uszpejeni leżą jak wory i czekają na jelenia który wystartuje pierwszy. Nawet Wujek rozłożył się na samym końcu i siepaczy.
W końcu odpala Amigo i pokazuje, że da się latać. Chłopaki startują jeden za drugim i po chwili są już wysoko nad granią. Mi skrzydło spada na łep i tracę czas. Boję się że komin już przeszedł. Po starcie
mam noszenie - kręcę natychmiast i po minucie jestem już nad lasem. Komin ucieka w kierunku Jasła, lecę z nim choć powinienem go zostawić bo czuję, że to już końcówka i jak zgubię noszenie to z tej wysokości nie dam rady wrócić na przedpole. Chłopaki są wysoko, parę stówek wyżej. Mozolnie gonię ich i za Jasłem  kręcimy  razem. Oczywiście Wujek kręci odwrotnie niż wszyscy i co chwilę jest na kolizyjnym kursie w stosunku do mnie wypierdzielając mnie na bok. Kurcze - nie mam takich nerwów jak on i potrzebuję trochę intymności w powietrzu. Nie cierpie latania w stadzie, celowo postanawiam przeczekać aż kawałeczek odlecą i to był błąd!!!
Za Jasłem kręcimy już razem - na wprost Smerek i pasmo połonin
Dolina zacieniła się i terma zaczęła siadać - kto poszedł do przodu ten teraz wygrywał. Jest coraz trudniej, na Krzemiennej udaje mi się podkręcić jednak i wracam do gry. W dole widzę Witka jak goni wiewiórki i po pewnym czasie odlatuje w kierunku łąk w dolinie Wetlinki.  W pobliżu kręci się Grzesiu  ale też jakoś bez przekonania. Nie możemy się wyskrobać do góry, robimy wysokość do 1400 i jest po wszystkim a widzę ze ekipa co poszła do przodu ma co najmniej z 400 m więcej. Lecę w kierunku Otrytu, takie pasmo musi nosić, już parę razy tam sie wykręciłem. Z przodu widzę Tomka nad morzem lasu. Z mojej perspektywy wygląda to dramatycznie. Jestem pewien, że nie dojdzie do łąk na których będzie można wylądować, a  drzewowanie na tym odludziu nie wróży nic dobrego. Wszystko jednak kończy się dobrze. Dolatuje do łąki, a parę minut później ląduje obok niego Grzesiek. Przelatuje nad nimi mając pewność, że za chwilę, gdy dojdę do grani Otrytu usłyszę pikanie varia. Ale niestety - grań nie nosi. Zupełnie nie ma wiatru, latam w poprzek grani i nie mam zupełnie nic. Z minuty na minutę tracę cenne metry.  Z przodu drapieżnik kręci jakiegoś bąbla.  Wlatuję nad niego i w momencie jak już zaczynałem łudzić się, że wyjadę z nim do góry "bąbel" se poszedł, jastrząb odleciał a ja topię coraz bardziej. Robi się nieciekawie - grań jest zalesiona, pod nią wśród wysokich drzew płynie sobie San a za nim też za bardzo nie ma gdzie lądować bo wszędzie zielono. W dole na skarpie przy szutrowej drodze widzą auto i machających do mnie ludzi. Najgorsze jest to, że jak tu wyląduje to do cywilizacji mam ładnych parę km. Tu nie ma żadnych dróg poza szutrową stokówką po której chyba i tak nic nie jeżdzi. Podlatuję na wysokości wierzchołków drzew do machających ludzi i krzycząc pytam, czy wezmą mnie jak wyląduje. Odpowiadają, że tak więc, przeskakuję na drugą stronę Sanu (i tak nie miałem innego wyjścia) i pakuję się w jedyną w okolicy maleńką łączkę będącą w moim zasięgu. W tym momencie widzę lecącą na dużej wysokości czerwoną Ra Witka. Gość przeczekał gdzieś kryzys a teraz wykręcił sie i walczy dalej.  Zwijam szybko skrzydło przełażę w butach przez San i mokry do kolan docieram do drogi na której czeka już na mnie ekipa od auta :) Głupi to ma zawsze szczęście.
Nie tylko ja maiłem kłopoty logistyczne - Tomek po przeprawie przez San
Kierowca to młoda dziewczyna (bardzo ładna zresztą - nie mam fotki niestety)  również jak się okazuje latająca na motolotni,  z ciocią i jeszcze jedną panią. (to znaczy lata sama a z ciocią jest  Bieszczadach)  Są przemiłe - podwożą mnie nie tylko do asfaltowej drogi w Rajskim ale postanawiają, że jak przygoda to przygoda i nadkładając ze 20 albo i więcej kilometrów zawożą mnie do Cisnej. Co ja mam takiego, że tak przyciąga dziewczyny???
Jeszcze kilkanaście minut i mam auto które międzyczasie zwozi Amigo z Harcerzem. Okazuje się ze wiele szczęścia mieli też Grzesiu z Tomkiem - po lądowaniu w czarnej dupie też złapali okazję :) Zwozi ich Prezes i wkrótce wszyscy meldujemy się u Maćka na pizzy w Lesku. My byliśmy........ ale Maćka nie było :(
PS. Zdjęcia są autorstwa w większości Tomka i Grzesia a ja je bezczelnie ukradłem

sobota, 2 lipca 2011

Słowenia - czyli dwa guzy w dwa dni.

Na pierwszym planie w lewym dolnym rogu "sypialnia" Stana :)
Mało brakowało a planowany od pół roku wyjazd skończył by się na planach. Najpierw pogoda spłatała figla i musieliśmy przełożyć go o dwa dni (i słusznie jak się później okazało),  potem wypadek relaxobusa, następnie rezygnacja z wyjazdu kolejnych osób sprawiła, że zrobiło się nerwowo :). Ale w końcu w piątek 24 czerwca, rano jedziemy moim autkiem w składzie:  ja, Piotrek i Stan. Już na pierwszym tankowaniu w Barwinku jest problem - nie da się zalać gazu - coś się spier.... a więc tanio nie będzie. Próbujemy na kolejnych stacjach ale jest coraz gorzej, i w końcu dajemy sobie z tym spokój. Po powrocie okazuje się ze sprawa była banalna - zawiesił się jakiś zawór i naprawa trwała sekundy - mechanik przypier młotkiem w zbiornik i wszystko się naprawiło :).

Na miejscu jesteśmy po południu - dla mnie idealnie, bo można spokojnie rozbić się na campie (jeżeli ktoś ma coś do "rozbicia")  u Aleksandra (wszystko ma za 5 Euro :) ), przespać się.  Rano po analizie pogody jedziemy na startowisko. Stan odpala  i odlatuje na trójkącik za równe 100 pkt. My z Piotrkiem plączemy się po okolicy i gdy wreszcie wykręcam podstawę przed przeskokiem to okazuje się, że lecieć nie ma za bardzo gdzie, bo "zakręcili termę" i wszystko  w pobliżu dokładnie się zakitowało. Przez radio słyszę, że na starcie też wszyscy padają jak muchy, więc wracam na camping robiąc po drodze trójkącik za 32 pkt. Dobre i to na początek.
Następny dzień przynosi informację, że w wysokich górach wieje około 8 m/s i latania tam nie będzie (wieczorem okazuje się,  że jednak było). Jedziemy więc znowu na Lijak. Stan jak zwykle odpala i tyle go widać. Lecę powoli sam szanując wysokość, za mną leci Piotrek ale jest mu trudno, zawsze tak jest gdy lata się w danym miejscu po raz pierwszy. Wracam po niego i razem wykręcamy kolejny komin. Z przodu Stan z Marem idą na przeskok. Gonię ich zostawiając Piotra,  który wraca w stronę startu.
Stan jest samowystarczalny - nawet prąd ma swój


Wysokość topnieje  bardzo szybko mimo, iż lecę trochę inaczej niż Stan który wpakował się w głąb doliny i teraz straszy wiewiórki po drzewach. Jadnak silny zachodni wiatr robi swoje i bez problemu dolatuję do grani po drugiej stronie Ajdovsciny. Mocny komin wynosi mnie na jakieś 1200 m (chyba sufit w tym dniu) ale.... nie bardzo mogę wrócić nad grań. Górą wieje bardzo mocny zachód i chyba do grani dojdę ale na nogach. Fajnie nie jest. W tym czasie mija mnie Stan z resztą ekipy - ich skrzydła nie mają takiego problemu.
Nie odpuszczam i ambitnie lecą w kierunku anten mijając po drodze chłopaków, którzy już właśnie stamtąd wracają.  Postanawiam wrócić z nimi mimo, iż do ich zaliczenia brakuje mi może z dwa km. Wiem, że w tych warunkach nie da się przeskoczyć z powrotem na Lijak więc pewnie za chwile wrócimy tu po raz kolejny, Drugie podejście do anten też mi nie wychodzi - brakuje mi wysokości i jakieś 500 m przed celem zawracam. Boję się, że jak stracę jeszcze trochę to mogę mieć problem z powrotem a lądować poniżej nich nie mam zamiaru, kto tam latał to wie o co chodzi - po prostu jedynym miejscem nie porośniętym drzewami na odcinku kilku dobrych km jest autostrada. Po przeszło 5 godzinach siedzimy już wszyscy w okolicach Ajdovsciny. Wynik 70 parę km.


Powrót jest jednym z najpiękniejszych moich powrotów z latania. Po wyjściu na drogę zatrzymuje się pierwszy przyjeżdżający samochód. Młodzi chłopcy podwożą mnie za miasto na wylotówkę w stronę Nowej Goricy. Czekam może 5 minut i mam kolejny transport na sam camp (i to w jakim towarzystwie - nie myślałem nawet, że moja uroda tak działa na młode dziewczyny). Nie wiem co je tak urzekło, ale jest miło, może po prostu wracały ze swoimi chłopakami z jakiegoś "bunga-bynga" i przed powrotem musiały zrobić jakiś dobry uczynek :).
Wieczorem wpadają do nas chłopaki z ekipy Wujka wracający z Bassano. Też polatali super zaliczając po kilka setek. Zgrywamy tracki i okazuje się, że do przeskoczenia następnego zawodnika w Teamie brakuje mi lotu na odległość 21 km :) Hehehe, to proste tym bardziej, że następnego dnia robimy Kobalę.

W oczekiwaniu waruna
Kobala jak zwykle jest prześliczna, choć podstawy są niskie tak, że większość gór jest w chmurach. Stan jak zwykle bajeruje panienki na startowisku i po paru chwilach jest już na etapie regulacji taśm udowych w uprzęży (z panienką w środku). W końcu startujemy. Ponieważ nic prawie nie wieje podnoszę dynamicznie skrzydło, obracam się i nie parząc na to co mam nad głową startuję. Moment później stwierdzam, że coś jest nie tak - skrzydło samo skręca w lewo,  Szkolny błąd - jestem wściekły na siebie, na lewym stabilu mam farfocla spowodowanego węzłem na sterówce. Nic nie daje szarpanie itp. węzełek trzyma mocno, ale na tyle zmalał, że można spokojnie lecieć dalej. Przesiadam się tylko trochę bardziej na prawo aby to zniwelować i po jakim czasie zapominam. Chcemy z Piotrem zrobić w tym dniu "standard" czyli Stol i z powrotem.  Stan oczywiście ma zaplanowaną kolejną stówkę,  którą jak się okaże zrobi. Do grani Stola wszystko jest łatwe i proste. Za łatwe i za proste nawet i to usypia czujność. Na zboczu Stola meldujemy się z Piotrkiem gdzieś w 1/3 wysokości i początkowo bez problemu robimy wysokość. Im bliżej jednak grani tym robi się mniej przyjemnie - w ciągu kilku, kilkunastu sekund robimy na przemian po 50, 70 metrów by następnie to wszystko tracić. Wygląda to tak jakbyśmy kręcili jakiś rotor. Po paru minutach bezsensownej walki daję sobie spokój i wracam w kierunku Kobaridu. Namawiam Piotra, żeby również dał sobie spokój - szkoda zdrowia. Zawsze można wrócić na przyzwoitej wysokości. Przeskok w kierunku Kobali jest trudny, ale po "wyjechaniu" nad szczyt jest już bajka. Nosi wszystko, omijamy łukiem kolejne chmurki tak aby nie nabierać zbytnio wysokości i nic nie tracić. Po 30 minutach jesteśmy z powrotem nad startem i mamy "sufit". W zasadzie możemy polecieć jeszcze raz w kierunku Stola, ale stwierdzamy z Piotrem, że sie nam już nie chce. Ja jestem zmęczony poprzednim dniem i 50 km w zupełności mi wystarcza do realizacji planu na ten dzień (a dziś żałuję - można było bez najmniejszego wysiłku polecieć z 15 - 20 km i wrócić kończąc przelot nie z 50 pkt a z co najmniej 80). Jest jednak problem :) nie da się wylądować - nosi wszystko i aby stracić wysokość latam nad rzeką.  Siadamy z Piotrem prawie jednocześnie i czym prędzej jedziemy kupić coś do picia. W hipermarkecie jest choć klima a upał na lądowisku jest nie do zniesienia. Po godzince wraca Stan - też ma kłopot z lądowaniem, też mógłby jeszcze coś dołożyć do swojej setki ale też mu sie już nie chce :).
Super dzień, super latanie, super powrót. Właśnie powroty są tym elementem, którego nie cierpię w lataniu XCC. Dlatego bardzo podoba mi się latanie typu docel powrót.  No cóż - mamy jeszcze jeden dzień. Ponieważ mamy wracać do domu postanawiamy, że polatamy na koniec na Lijaku. Na campie pustki - wszyscy Polacy wyjechali, została jakaś szkółka z Holandii i paru pojedynczych glajciarzy. Na start wywozi nas Aleksander (po 5 euro - ale jedziemy tylko w 3 osoby więc dobrze, że w ogóle chciało  mu się jechać). Stan jak zwykle pierwszy się szpei i odpala - jest chyba ok więc i my z Piotrkiem nie czekamy ale startujemy zaraz za nim.

Wieje lekko w górkę więc nie powinno być problemu. Stawiam skrzydło odwracam się i czuję, że skrzydło ucieka mi na bok. Podbiegam i zamiast przerwać start i sprawdzić co się dzieje na siłę startuję. Nauczka z poprzedniego dnia nic widać mi nie dała. Chcę przyhamować skrzydło i ............ czuję ze coś jest nie tak. Przez radio Stan mówi mi, że mam znowu coś na spływie. To coś,  to solidny węzełek pomiędzy sterówką a środkową linką rzędu D.
Skrzydełko leci co prawda sobie poprawnie ale o jakiejkolwiek pracy lewą sterówką można zapomnieć. Jedynie mogę "wykasować na niej luz" tak coś na oko 10 cm. Potem trzyma jak zabetonowana. Szarpię się z nią parę minut nie patrząc nawet gdzie lecę i po co. Wysokość sama mi jednak urosła i jestem nad startem. Niestety latać z tym gó... sie nie da. Wystarczy mała turbulencja i może mnie poskładać a ja nie będę miał nawet jak zareagować. Podejmuje próbę podejścia do lądowania na startowisku ale  o mały włos nie kończy się to "drzewowaniem" . Szkoda zdrowia - odpuszczam i odchodzę do lądowiska na którym siedzi już Piotrek. Jestem zły na maxa - znowu przez własną głupotę tracę czas, wyjazd, lot i doprowadzam do sytuacji jaka nie powinna mieć miejsca, tym bardziej, że Lijak to nie Cergowa i spokojnie można sobie posprawdzać wszystko przed decyzją o starcie. No cóż "wypadki chodzą po ludziach ale ludzie po wypadkach już nie koniecznie". Po  godzince  jesteśmy z powrotem w powietrzu. Znowu wyżej wieje zachód i nie bardzo można liczyć na żagiel. Jest turbulentnie - Stan zgłasza przez radio, że przed przeskokiem poskładało go solidnie i z krawatem odchodzi do lądowania. Jak się później okaże dociągnie prawie do samego campu, nie będziemy mieli więc kłopotów ze zwózką w razie wtopy.

Lecimy z Piotrem bardzo asekuracyjnie trzymając  cały czas wysokość, Bez problemu osiągamy  ostatni szczyt na grani przed przeskokiem. Namawiam Piotrka na przeskok - leci za mną i marudzi, jakoś nie może uwierzyć, że uda się nam przeskoczyć dolinę i dojść do gór po wschodniej stronie Ajdovsciny. Faktycznie, topię dość szybko, Piotr odbija troszkę w głąb doliny i do zbocza dochodzi na większej wysokości. Nie  mamy jednak problemu z wykręceniem się - powoli ale systematycznie zdobywamy kolejne metry. Daje znać o sobie "praca w grupie". Jest o wiele łatwiej niż samemu. Anteny robimy bez problemu ale na powrocie zaczyna się problem. Niebo jest prawie całkowicie zachmurzone i terma kończy się bardzo szybko. Piotrek pada za "tunelami". Ja dochodzę do miasta ale nie ma sensu pchać się gdzieś dalej. Podaję przez radio pozycję Stanowi i postanawiam wracać w kierunku Piotrka. Plątam się w jakimś "zerku" czekając, aż wiatr sam zniesie mnie w kierunku anten. Stan przez radio zgłasza, że mnie widzi - wybieram więc sobie łączkę obok drogi którą jedzie i podchodzę do lądowania. Jeszcze w powietrzu widzę moje autko zatrzymujące się obok i nim skrzydło spadnie mi na ziemię Stan jest już obok. Fajnie - kolejne 50 km zrobione i kolejny kolega w teamie "ryśnięty" Niby mała rzecz, a cieszy. No i na XCC jest prawie 400 pkt. Na początku sezonu nawet o tym nie marzyłem :). Super wyjazd - dzięki serdeczne dla Piotra i Stana za towarzystwo. Polecam wszystkim, szczególnie Stana od którego można z powodzeniem nauczyć się sztuki przetrwania w każdych warunkach :)